Rozróba wisi w powietrzu

Nie zwiastować, lecz zapobiegać

Tytuł niniejszego artykułu (“Rozróba wisi w powietrzu”) brzmi skrajnie pesymistycznie, żeby nie powiedzieć: kasandrycznie. Wbrew pozorom, nie piszę tego tekstu po to, aby przekonać Polaków o nieuchronności zadymy 11 listopada 2012 r., tylko po to, aby tej zadymie zapobiec. Wszyscy pamiętamy, co się wydarzyło w ubiegłym roku oraz dwa lata temu. Każdy z nas wie, do czego doprowadziła konfrontacja dwóch przeciwstawnych sił politycznych, które wyszły wówczas na ulice, by zaprezentować światu swoje wartości i przekonania.

Narodowa prawica, będąca matką Marszu Niepodległości, uczyniła listopadowe święto okazją do zamanifestowania uczuć patriotycznych. Postępowa lewica, skupiona wokół Porozumienia 11 Listopada, zorganizowała zaś blokadę MN. Zrobiła to nie tyle w celu potępienia patriotyzmu, ile dla wyrażenia sprzeciwu wobec działalności narodowych radykałów, tak licznie uczestniczących w warszawskim pochodzie. Marsz Niepodległości i jego blokada przywodziły na myśl dwie wrogie armie znajdujące się w tym samym miejscu i w tym samym czasie.

Szkody i krzywdy

Nikt nie był zaskoczony faktem, że podczas spotkania narodowych prawicowców z postępowymi lewicowcami obu stronom puszczały nerwy. Zaskakujący był za to ogrom szkód i krzywd, który stanowił materializację negatywnych emocji, towarzyszących skłóconym opcjom światopoglądowym. Wyzwiska i rękoczyny, wybuchy gniewu i okrzyki bólu – te dantejskie sceny sprawiały, że miasto Warsa i Sawy przypominało piekło na ziemi. W 2010 roku grupa lewicowców przebrała się za więźniów KL Auschwitz, żeby uświadomić Polakom, czym grozi szowinizm, rasizm, etnocentryzm i ksenofobia.

Prawicowcy poczuli się wówczas zranieni i zniesławieni, albowiem narodowcy również walczyli z hitlerowskim najeźdźcą i byli zamykani w obozach koncentracyjnych (Jan Mosdorf, ideolog Obozu Narodowo-Radykalnego “ABC”, trafił do lagru w Oświęcimiu. Został tam zamordowany, bo – wbrew zakazowi nazistów – pomagał jeńcom narodowości żydowskiej). W 2011 roku doszło do totalnej, ulicznej bitwy, której symbolem stało się nagranie video, przedstawiające podpalony wóz transmisyjny TVN-u. Dużo złego uczynili polscy kibole, a także działacze niemieckiej antify, których ktoś sprowadził do Polski jak Konrad Mazowiecki Krzyżaków.

Każdy inny, wszyscy Polacy

11. 11. 11. był dniem porażki narodowej. Zaprzeczeniem tego wszystkiego, co oznacza Święto Niepodległości, czyli najważniejszy dzień w polskim kalendarzu. 11 listopada, rocznica zmartwychwstania wolnej Rzeczypospolitej, to data radosna i optymistyczna. Omawiane święto istnieje po to, żeby Polacy mogli wspólnie wspominać sukces, który udało się osiągnąć w roku 1918. Odzyskanie niepodległości było dziełem osób o najrozmaitszych poglądach politycznych: od lewicowców (Józef Piłsudski, Ignacy Daszyński), przez centrowców (Wincenty Witos, Wojciech Korfanty), aż po prawicowców (Roman Dmowski, Władysław Grabski).

Na początku XX wieku Polacy, mimo różnic światopoglądowych i konfliktów personalnych, potrafili dążyć do wspólnego celu. Socjaliści szli ramię w ramię z narodowcami, ludowcy i chadecy kroczyli tą samą ścieżką. Wszyscy wiedzieli, że chociaż snują różne wizje państwa i społeczeństwa, to stanowią jedność – organizm narodowy, w którym pojedyncze komórki budują nierozerwalną całość. Każdy inny, wszyscy Polacy. Zróżnicowani, nierzadko rywalizujący ze sobą, ale połączeni biało-czerwoną nicią polskości. Czy nasz Naród jeszcze pamięta, że jest wielką rodziną, której należy się pokój i wewnętrzna harmonia?

Świecka wigilia

Święto Niepodległości powinno być dniem narodowego pojednania. Czymś w rodzaju świeckiej, patriotycznej wigilii, podczas której Polacy zapominają o podziałach oraz przebaczają sobie kłótnie i nieporozumienia, do których dochodziło przez ostatnie 12 miesięcy. Rocznica odzyskania wolności winna być czasem magicznym, w którym wszyscy mówią ludzkim głosem, a nie językiem nienawiści. Przedstawiciele różnych grup społecznych, związków wyznaniowych, partii politycznych i opcji światopoglądowych powinni zasiadać przy wspólnym (najlepiej okrągłym) stole, aby w pogodnej, świątecznej atmosferze rozmawiać o tym, co ich łączy i stawia pod jednym sztandarem.

Tego dnia winny gasnąć spory o Smoleńsk, o aborcję, o sztuczne zapłodnienia, o krzyż w sali sejmowej, o status ziemi śląskiej i o inne nierozstrzygnięte kwestie. Z polskiego słownika powinny znikać wyrazy takie, jak “faszyści”, “mohery”, “katole”, “oszołomy”, “pedały”, “zboczeńcy”, “komuchy” czy “lemingi“. Nikt nie powinien być wyśmiewany, dyskryminowany, demonizowany ani obrzucany bezpodstawnymi oskarżeniami. Każda jednostka winna otrzymywać życzliwość i dzielić się nią z innymi. Potrzebne jest skupienie wokół pozytywnych wartości, a nie zjednoczenie w obliczu wspólnego wroga, bo to ostatnie zawsze kończy się awanturami i rozłamami. 11 listopada byłby idealny, gdyby przebiegał w miłej atmosferze, dzięki której dałoby się mówić o święcie wszystkich Polaków.

Kochać i okazywać dobroć

“Wszystkich”, czyli wierzących i niewierzących, konserwatywnych i liberalnych, wolnorynkowych i etatystycznych, nacjonalistycznych i internacjonalistycznych, tradycjonalistycznych i reformistycznych, heteroseksualnych i homoseksualnych, aseksualnych i panseksualnych, cispłciowych i transpłciowych, proamerykańskich i prorosyjskich, militarystycznych i pacyfistycznych, spożywających mięso i praktykujących weganizm, zwalczających używki i palących marihuanę. Każdy Polak, niezależnie od jakichkolwiek czynników, powinien czuć, że Święto Niepodległości to właśnie jego dzień.

Korwiniści winni okazywać dobroć socjaldemokratom, feministki księżom, wyborcy Kaczyńskiego wyborcom Tuska, czytelnicy “Krytyki Politycznej” czytelnikom “Frondy”, wojujący ateiści ortodoksyjnym muzułmanom, narodowi radykałowie osobom LGBTQ, euroentuzjaści eurosceptykom, zwolennicy Rydzyka zwolennikom Michnika itd. 11 listopada każdy powinien sobie uzmysławiać, że jego przeciwnik ideologiczny to też Polak, a zatem rodzony brat, którego trzeba bezwarunkowo miłować (nawet, jeśli czasem jest irytujący lub postępuje w niezrozumiały sposób). W Święto Niepodległości powinno się słyszeć nie tylko “Kocham Cię, Polsko!”, ale także “Kocham Cię, Polaku!”. Bo Ojczyzna bez Narodu jest jak Naród bez Ojczyzny.

Polska dla (wszystkich) Polaków!

Rodacy, sprawa jest jasna: jeśli nie staniemy się zdrową wspólnotą, to poniesiemy klęskę. Każda grupa, dręczona wewnętrznymi niesnaskami i antagonizmami, ulega osłabieniu i zepsuciu. Mówię tu m.in. o grupie narodowej. To, co nas gubi, to zadufanie w sobie, przekonanie o posiadaniu “jedynej słusznej” wizji świata, lekceważenie drugiego człowieka i zamknięcie na jego spostrzeżenia, przemyślenia, pragnienia, potrzeby, pomysły. Myślimy wyłącznie o sobie, względnie o swojej partii lub organizacji. Brakuje nam myślenia narodowego, które – wykraczając poza egoizm i partykularyzm – obejmuje całą społeczność Polaków.

Musimy postrzegać siebie w kontekście Narodu, który składa się zarówno z ludzi podobnych do nas, jak i z osób będących naszymi przeciwieństwami. Powinniśmy się martwić nie tylko o to, co będzie z nami i naszą ferajną, ale również o to, co będzie z całą, wielomilionową zbiorowością Polaków. Ważne jest też to, żebyśmy się pozbyli nawyku zawłaszczania polskości, który jest podły i bezsensowny. Ojczyzna to dobro wspólne, a nie własność prywatna jakiejkolwiek osoby fizycznej lub prawnej. Polska jest dla wszystkich Polaków, nie zaś dla “krewnych i znajomych królika”.

Patriotyczna pobudka

Wszyscy członkowie Narodu Polskiego mają równe prawo do Polski. Ten Kraj jest – w jednakowym stopniu – własnością Przemka z ONR i lewicującego wegetarianina Łukasza. Sedewakantysta Jerzy, buddysta Cyryl, agrarysta Maciej i leseferysta Zbigniew są tak samo ważni jak paleolibertarianin Grzegorz, monarchista Bartosz, antyglobalista Andrzej i syndykalista Dariusz. Jesteśmy Narodem, zbiorem jednostek połączonych w całość, zachwycającą grafiką złożoną z milionów kolorowych pikseli. Obudźmy się, zmieńmy kurs, a możliwe, że w tym roku uda nam się uniknąć rozwałki z okazji Święta Niepodległości!

Natalia Julia Nowak
(Narodowa SocjalDemokracja)
16-19 października 2012 r.

PS. Przypomina mi się ostatnia scena filmu “Metropolis” Fritza Langa. Dwie skłócone klasy społeczne, Inteligenci (Umysł) i Robotnicy (Dłonie), zawierają rozejm. Pojednanie jest niespodziewanym, szczęśliwym zakończeniem wcześniejszej rewolucji. W ostatnim kadrze widzimy morał “Pośrednikiem między Umysłem a Dłońmi musi być Serce”. Słowa te można sparafrazować następująco: “Pośrednikiem między Lewicowcami a Narodowcami musi być Lewica Narodowa (Nar-SocDem)”.

Reklamy

Daremne męczeństwo? Rozważania o „Lawie” Tadeusza Konwickiego

Artykuł napisany ze względu na zbliżającą się
trzecią rocznicę ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego
(10 października 2009 – 10 października 2012).
Połączenie eseju z recenzją filmu fabularnego
„Lawa. Opowieść o ‚Dziadach’ Adama Mickiewicza”.

Natalia Julia Nowak

Iskra rzucona na serce

Film “Lawa” Tadeusza Konwickiego, będący swobodną adaptacją “Dziadów” Adama Mickiewicza, to prawdziwa iskra, która – rzucona na patriotyczne serce – roznieca ożywczy ogień i przywraca czucie skamieniałemu duchowi. Fabuły dzieła streszczać nie trzeba, albowiem “Dziady” są cyklem doskonale znanym i dokładnie omawianym w polskich szkołach. W niniejszym tekście skupię się więc na swoich subiektywnych wrażeniach, tym bardziej, że to emocje są w tej produkcji najważniejsze (a aktorzy, biegli w swoim fachu, potrafią przedstawiać uczucia w sposób wiarygodny i przekonujący). Postaram się pokazać, jak bardzo przemówił do mnie film, w którym abstrakcyjne byty z książek stają się postaciami z krwi i kości. Później podzielę się z Czytelnikami moimi przemyśleniami wysnutymi pod wpływem obejrzanej ekranizacji “Dziadów”.

Tertium non datur

“Lawa” – podobnie jak same “Dziady” i większość utworów romantycznych – nie jest do rozumienia, tylko do czucia i przeżywania w głębi duszy. Jeśli między człowiekiem a dziełem może powstać taka więź, jak między dwiema istotami ludzkimi, to w tym przypadku będzie ona niezbędna do pełnego odbioru przesłania. Mówiąc prostym językiem: albo się odczuje ten przekaz jako coś zbieżnego z własnym sposobem myślenia, albo będzie się patrzeć na film jak wół na malowane wrota. Tertium non datur – trzeciego wyjścia nie ma. “Lawa” jest cudowna, oryginalna i inspirująca. Ekipa filmowa wykonała swoje zadanie po mistrzowsku, co ma tym większe znaczenie, że doniosłą treść można łatwo zbezcześcić niedoskonałością formy. Słowo stało się ciałem, urok romantycznego dzieła wyszedł na światło dzienne, wyobrażenie poety przekształciło się w coś wyraźnego i namacalnego.

Płacz i zgrzytanie zębów

Podczas seansu “Lawy” doświadczałam wielu zróżnicowanych uczuć. Zdarzało się nawet, że miałam łzy w oczach. Chciało mi się płakać, kiedy oglądałam scenę, w której Jan Sobolewski opowiada o patriotach skazanych na Sybir: umęczonych, pohańbionych, a przy tym dumnych i pełnych wewnętrznej siły. Złościłam się, słuchając przedstawicieli salonu warszawskiego, wyrażających swój pogardliwy stosunek do Polski i Polaków. Nie mówmy jednak o emocjach negatywnych. Skoncentrujmy się na tym, co piękne i pozytywne. W “Lawie” urzekło mnie wiele szczegółów i niekonwencjonalnych rozwiązań zastosowanych przez reżysera. Chociażby to, że w rolę Gustawa-Konrada, będącego postacią szalenie skomplikowaną, wcielają się dwaj aktorzy. Artur Żmijewski odtwarza jasną, ludzką, ziemską stronę bohatera, a Gustaw Holoubek – ciemną, demoniczną, pozagrobową.

Niepospolitość – pierwsza klasa!

Aktor pierwszy gra Gustawa-kochanka i Konrada-więźnia. Aktor drugi gra Gustawa-upiora i Konrada-bluźniercę. W niektórych scenach, na przykład w wizji kibitek pędzących na Północ, Żmijewski i Holoubek występują na przemian. Ale to jeszcze nie koniec nowatorskich pomysłów i artystycznych prowokacji. W filmie “Lawa” Belzebub okazuje się staropolskim magnatem, Guślarz – kobietą używającą męskiego rodzaju gramatycznego, a Anioł Stróż – niewiastą z częściowo odsłoniętą piersią, lecz bez skrzydeł na barkach. Gustaw-kochanek, ukazywany w retrospekcji, bardziej interesuje się niewinną, delikatną, odzianą na biało Marylą niż trzema nagimi, pluskającymi się w wodzie pannami. Obrzęd Dziadów odbywa się na świeżym powietrzu, kruki krzyczą donośnymi, męskimi głosami, a duch Dziewczyny trzyma w rękach bukiet uschniętych kwiatów. Ciekawe, niezwykłe i skłaniające do refleksji. Wyjątkowość spojrzenia na dramaty Wieszcza robi ogromne wrażenie.

Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość

Najważniejszą innowacją, wykorzystaną przez Konwickiego w “Lawie”, jest zestawienie dziewiętnastowiecznej fabuły z obrazami współczesnego społeczeństwa i fragmentami autentycznych nagrań związanych z historią XX wieku (druga wojna światowa, PRL). Twórca filmu akcentuje w ten sposób dwie rzeczy: uniwersalizm Mickiewiczowskiej filozofii oraz analogię między walką z zaborcami a walką z ustrojem komunistycznym. Jest to zrozumiałe w kontekście faktu, że “Dziady” miały olbrzymie znaczenie dla opozycji demokratycznej, zwłaszcza w burzliwym roku 1968. Nie zapominajmy również o tym, że “Lawa” powstała w roku 1989, kiedy to system autorytarny był świeżym trupem, a obywatele spoglądali w przyszłość z nadzieją i ufnością. Bardzo to piękne, ale… czy historia opowiedziana w “Dziadach” wkrótce się nie powtórzy? Czy już niedługo nie stanie się ona naszym “tu i teraz”? Czy demony przeszłości nie powrócą, aby dręczyć nas tak, jak przed dwoma wiekami?

Likwidacja i depolonizacja

Przecież niepodległość Polski jest coraz mocniej ograniczana przez rozmaite instytucje ponadnarodowe. Politycy nie próbują już ukrywać, że ich celem jest stworzenie Imperium Europejskiego leżącego na gruzach niegdysiejszych państw narodowych. Skąd wiadomo, że lada dzień Polska nie zniknie z mapy Europy, a Naród Polski nie będzie brutalnie wynaradawiany? Pan Janusz Palikot, człowiek posiadający władzę i pieniądze, powiedział niedawno “Jestem za likwidacją wszystkich państw europejskich po to, żeby powstało jedno państwo europejskie, a nie oddzielne byty jak Niemcy, Francja, Polska” (źródło: Onet.pl). Kilka miesięcy wcześniej stwierdził “Przyszedł czas, by powiedzieć Polakom, że muszą się wyrzec swojej polskości” (źródło: Wprost.pl). Co by było, gdyby jego wizja wypełniła się w stu procentach? Przypuszczam, że niektórzy z nas doświadczyliby uczucia deja-vu.

Ocalić własne “ja”

Dwieście lat temu prześladowano, katowano i zabijano ludzi tylko dlatego, że chcieli zachować swoją tożsamość narodową. Jedyną winą ówczesnych męczenników było to, że pragnęli nazywać się Polakami, mówić w ojczystym języku, posiadać własny kraj oraz samodzielnie decydować o swoim losie. Ponosili dotkliwe kary za to, że dążyli do bycia sobą, czyli przedstawicielami Narodu Polskiego. Nieustannie dowiadywali się, że nie mogą być Polakami, że muszą przeistoczyć się w Rosjan/Niemców, że dziedzictwo ich przodków i sama Rzeczpospolita nie mają racji bytu. A oni chcieli po prostu istnieć i mieć “własny kąt“ w Europie. Czy to zbrodnia? Co w tym złego, że ktoś pragnie ocalić własne “ja”? Co w tym złego, że ktoś marzy o wolności, godności i właściwym traktowaniu? Co w tym złego, że ktoś chce, aby jego wspólnota narodowa miała własne państwo?

Daremne męczeństwo

Martwi mnie, że we współczesnych czasach prawie nikt nie docenia odważnych, upartych, nonkonformistycznych ludzi, którzy walczyli o nasze prawo do bycia Polakami. Czasem myślę, że krew i łzy dawnych działaczy narodowowyzwoleńczych poszły na marne. Oni byli bici, więzieni, zastraszani, pozbawiani życia, ale wierzyli, że przyszłe pokolenia docenią ich trud i poświęcenie. Dzisiejsi Polacy korzystają z przywilejów, które wywalczyli dla nich tamci bohaterowie. Mówią po polsku i nie muszą się obawiać szykan za eksponowanie symboli narodowych. Mimo to, pogarda dla Polski, polskości i suwerenności jest czymś powszechnym. Mało kto przejmuje się zacytowanymi wcześniej deklaracjami pana Palikota. Swoją drogą, dobrze, że ten jegomość jest posłem, a nie senatorem, bo miałabym makabryczne skojarzenia. Szczęście w nieszczęściu, podarunek na otarcie łez.

Wiem, co czuł Gustaw-Konrad!

Często odnoszę wrażenie, że otaczają mnie reprezentanci salonu warszawskiego: osoby zapatrzone w Europę Zachodnią, gardzące patriotyzmem, wyśmiewające ojczystą kulturę, skoncentrowane na pustej rozrywce, skłonne do współpracy z siłami ograniczającymi niezależność Rzeczypospolitej Polskiej. Mam wiele wspólnego z Gustawem-Konradem, albowiem cierpię, patrząc na powolne konanie mojej Ojczyzny. Przeżywam politykę jak coś osobistego, złoszczę się na dygnitarzy odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy, nienawidzę własnej bezsilności oraz snuję niemożliwe do realizacji plany. Kocham Polskę ślepo, zawzięcie i bezgranicznie, wręcz fanatycznie. Gdybym mogła, podarowałabym jej wolność, potęgę, dobrobyt i nowoczesny ład. Problem w tym, że jestem zupełnie bezradna. Mogę tylko tworzyć pełne wściekłości utwory… jak mój ulubieniec, Gustaw-Konrad.

Czy to na pewno lawa?

“Lawa” Tadeusza Konwickiego wzbudziła we mnie zachwyt, ale także smutek, ponieważ przypomniała mi, że “wolność nie jest dana raz na zawsze”. A Unia Europejska już teraz jest federacją, jednak nie do końca oficjalnie (potwierdza to Minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski). Brukselscy politycy, mówiąc o Stanach Zjednoczonych Europy, mają na myśli formalne, jawne i uroczyste ogłoszenie UE państwem federacyjnym. Unia nabrała cech federacji na mocy Traktatu Lizbońskiego, który został uchwalony 13 grudnia 2007 roku, a wszedł w życie 1 grudnia 2009. W Polsce ratyfikacja TL miała miejsce 10 października 2009 r. Zważywszy na to, że tylko garstka Polaków była wówczas zbulwersowana, stwierdzam, iż słynne słowa “nasz Naród jest jak lawa” uległy dezaktualizacji. Dzisiejsi Polacy nie mają tak gorących serc jak ci z pierwszej połowy XIX wieku. Zaiste, Adam Mickiewicz w grobie się przewraca! A Gustaw-Konrad ponownie wyzywa Boga na pojedynek!

Natalia Julia Nowak,
1-3 października 2012 r.

Nieodkryte perły muzycznych mórz

Od Autorki

Zapraszam Czytelników do lektury mojego najnowszego artykułu, poświęconego mało znanym, ale godnym uwagi wykonawcom muzycznym. Niniejszy tekst jest następcą moich niedawnych publikacji “Usłyszeć głos patriotów”, “Zespół Irydion. Pokochasz go czy znienawidzisz?”, “Muzyka narodowa od prawa do lewa”, “Nie znałeś? Poznaj! Ciekawe polskie zespoły” i “Muzyczne oblicza słowiańskości i patriotyzmu”. Składają się na niego prezentacje dziesięciu zespołów i jednego solisty. Charakteryzowane przeze mnie formacje to Ludola, GreenWood, Black Velvet Band, Shannon, Piorun, Światogor, Krępulec, Hefeystos, Strefa Mocnych Wiatrów i Fall. Opisywany solista to Dawid Hallmann (będący także przedstawicielem innych dziedzin sztuki). Pozdrawiam i liczę na pozytywny odbiór mojego tekstu!

Ludola

Neofolkowy zespół muzyczny, który powinien się spodobać amatorom piosenek żołnierskich i miłośnikom patriotycznej poezji śpiewanej. Tworzy spokojne, zazwyczaj poważne kawałki, w których główną rolę odgrywa gitara akustyczna. Teksty utworów traktują o takich sprawach, jak wojna, powstańcze życie, przywiązanie do ojczystej ziemi czy szacunek do poległych żołnierzy. Muzyka grupy nierzadko stanowi ilustrację do wierszy dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych polskich poetów: Marii Konopnickiej, Teofila Lenartowicza, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Twórcy projektu przedstawiają się publiczności jako “ułani z fantazją i wiejskie dziewoje”. Posługując się nazwą Ludola, nawiązują zaś do niemego kowala z dramatu Stanisława Szukalskiego.

Jedną z najlepszych piosenek, nagranych przez uczestników przedsięwzięcia, jest “Dusza Powstańca” (trzeba przyznać, że jej melodia przypomina numer “Honor Legionisty” Horytnicy!). Znakomicie brzmi również kawałek “Gdy Janeczek z wojenki wróci”, który na oficjalnej stronie formacji został zdefiniowany jako “ułańska wersja znanego amerykańskiego utworu, będącego amerykańską wersją znanego irlandzkiego utworu”. Innymi piosenkami, godnymi posłuchania, są “Na Lipę Słowiańską” i “Elegia… (O Chłopcu Polskim)”. Jak nietrudno się domyślić, zawierają one teksty wspomnianych wcześniej autorów – Lenartowicza i Baczyńskiego. Ludola to idealna propozycja dla tych melomanów, którym bliski jest nie tylko podziw dla bohaterskich wojaków, ale także sentyment do słowiańskości. Wypada znać. Nie wypada lekceważyć.

GreenWood

Wolińska kapela, grająca muzykę inspirowaną celtyckim, a właściwie irlandzkim folklorem. Według polskojęzycznej Wikipedii, nazwa zespołu (Zielony Las) nawiązuje do wyspy Wolin, ponieważ dawni Słowianie używali wyrazu “wola” w odniesieniu do lasu. Wymieszanie motywów celtyckich ze słowiańskimi jest widoczne również w tekstach utworów. GreenWood nie waha się bowiem łączyć cudzoziemskich rytmów ze słowami poświęconymi rodzimej historii (“Kołysanka Piastowska”) i mitologii (“Legenda o Smoku Wawelskim”). Czasem grupa inspiruje się twórczością angielskiego pisarza Johna Ronalda Reuela Tolkiena (“Pieśń o Nimrodel” to hymn na cześć żeńskiego elfa z “Władcy Pierścieni”).

Formacja, założona w 2003 roku, doczekała się licznych i znaczących sukcesów: od pozytywnego komentarza na antenie radiowej Trójki, przez występy poza granicami Polski, aż po publikację “Ballady o Czarnej Śmierci” w pewnym gimnazjalnym podręczniku. GreenWood to niewątpliwie utalentowana kapela, którą powinni się zainteresować osłuchani wielbiciele folkowych brzmień. Ale nie tylko oni. Zespół, o którym mowa, może się spodobać wszystkim fanom melodyjnej muzyki. Piosenki Zielonego Lasu są lekkie, pogodne i znakomicie skomponowane, zatem mają szansę podbić serca słuchaczy o wysublimowanych gustach. Czy Czytelnicy niniejszego artykułu znajdą się w ich gronie? Pożyjemy, zobaczymy!

Black Velvet Band

Kolejna, po GreenWood, polska grupa rozmiłowana w klimatach celtyckich. Tej lubelskiej formacji, funkcjonującej od 2008 roku, nie należy mylić z nowozelandzką kapelą The Black Velvet Band, która również sięga po tradycyjne celtyckie dźwięki. Marcin, muzyk zespołu BVB, zapewnia, że nazwa jego grupy pochodzi od starej irlandzkiej pieśni “The Black Velvet Band” (źródło: wywiad opublikowany w portalu internetowym FolkMetal.pl). BVB nagrywa kawałki cięższe i mniej optymistyczne od tych, które tworzy opisany w poprzednich akapitach Zielony Las.

Utwory formacji są melancholijne (w warstwie muzycznej) i refleksyjne (w warstwie tekstowej). Bardzo reprezentatywnymi dziełami kapeli są piosenki zatytułowane “Ze Śmiercią w Kości Gram” i “Jeszcze Raz”. Udowadniają one, że twórczość Black Velvet Band słusznie bywa nazywana “heavy folkiem”. Warto kiedyś usiąść i wsłuchać się w muzykę tego fascynującego lubelskiego zespołu. Czas, poświęcony na poznawanie jego nagrań, z pewnością nie będzie czasem straconym.

Shannon

Grupa z Olsztyna, która – podobnie jak GreenWood i BVB – wykonuje kawałki wzorowane na ludowych rytmach Celtów. W utworach Shannona nierzadko można usłyszeć poezję Roberta Burnsa, osiemnastowiecznego poety, jednego z najwybitniejszych twórców szkockich. Formacja ma na koncie wiele płyt, przy czym jedna z nich stanowi ścieżkę dźwiękową do filmu fabularnego “1409. Afera na zamku Bartenstein”. Ów film to absurdalna komedia historyczna w reżyserii Rafała Buksa i Pawła Czarzastego. Shannon nagrał także własną interpretację znanej szkockiej piosenki o weselu Mhairi/Mairi/Marie.

Na przełomie 2004 i 2005 roku kapela nawiązała bliską współpracę z Ryczącymi Dwudziestkami, czyli bytomskim zespołem wyspecjalizowanym w wykonywaniu szant. Owocem tego mariażu był projekt artystyczny o wdzięcznej nazwie Ryczące Shannon. Zaprzyjaźnione grupy wydały wspólny singiel zatytułowany “Ryczące Shannon Project”. Niestety, od tej pory przedsięwzięcie wydaje się stać w miejscu. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek zostanie ono reaktywowane. Bardziej świetlaną przyszłość można wywróżyć samemu Shannonowi, który od 2012 roku pragnie być formacją czysto folkową.

Piorun

Grupa spod znaku neofolku i ambientu. Obecnie działa w Gdańsku, chociaż wcześniej była związana z Chełmem. Utwory tej słowiańsko-pogańskiej formacji brzmią głęboko, metafizycznie, a czasem również monumentalnie i uroczyście. Dużo w nich melorecytacji oraz efektów specjalnych pobudzających człowieczą wyobraźnię. Niekiedy pojawiają się głośne okrzyki typu “Sława!”. Kapela chętnie korzysta z tradycyjnych instrumentów, które upodabniają jej muzykę do autentycznych pieśni ludowych.

Jedynym długogrającym albumem zespołu jest krążek “Stajemy Jak Ojce” z roku 2004. Oprócz niego, grupa zdołała wydać dwie EP-ki (“Wicher w Okowach Nocy”, “Goreją Wici Wojenne”) i płytę nagraną wspólnie ze Starą Pieśnią (“Z Pieśnią na Ustach… Z Mieczem W Dłoni!”). Godnymi wyróżnienia utworami Pioruna są kawałki “Nam Ojczyzny Nie Wydrzecie”, “Biały Rumak Bożyca” i “Do Boju!”. Ciekawie brzmi także “Nadbużański Świt” przywodzący na myśl jakieś radosne, pogańskie święto. Można posłuchać.

Światogor

Rodzimowiercza kapela z Koszalina istniejąca od 2003 roku. Komponowane przez nią piosenki mają charakter black/pagan metalowy, ale zawierają również elementy folkowe i różnego rodzaju urozmaicenia (tętent końskich kopyt, odgłosy bitwy, śpiew ptaków). Z autoprezentacji, opublikowanej na oficjalnej stronie zespołu, wynika, że Światogor nie zalicza się do grup szczęśliwych. Formację od samego początku prześladował pech. Nieudany debiut, utrata sali prób, problemy finansowe, brak czasu, liczne zmiany personalne, trudności ze znalezieniem wydawcy – oto kłopoty, z którymi musiała się borykać kapela. Obecnie Światogor jest zespołem mało znanym, ale posiadającym wierne grono wielbicieli. Miejmy nadzieję, że jego zła passa wkrótce się skończy i że najlepsze dopiero przed nim.

Krępulec

Grupa, której utwory noszą znamiona neofolku, martial industrialu, postindustrialu, muzyki eksperymentalnej i mrocznego ambientu. Dobra propozycja dla ludzi, którzy słuchają takich wykonawców, jak Von Thronstahl, Triarii, a nawet Death in June i NON (Boyd Rice). Dzieła z repertuaru Krępulca są ponure, surowe, hipnotyzujące, monotonne i zdolne do wprawiania odbiorców w specyficzny nastrój. Bardzo rzadko trafiają się utwory mocne, dynamiczne i energetyzujące. Muzyka formacji często jest łączona z fragmentami starych przemówień albo z tradycyjnymi pieśniami wojskowymi. Świetnym nagraniem Krępulca jest niewesoły, spokojny, wprowadzający w trans “Pogrzeb w PRL-u”. Dominuje w nim gitara akustyczna, do której czasem przyłącza się akordeon. Wspaniała kapela, ale nie na każde ucho. Projekt przeznaczony dla osób twardych, lecz niestroniących od filozofowania.

Hefeystos

Zadziwiający, niebanalny i nowatorski zespół, który działał w latach 1994-2000. Twórca romantycznych, emocjonalnych, chwytających za serce kawałków, stanowiących wymieszanie rocka awangardowego z różnymi odmianami metalu (pagan, black, gothic). Ci, którzy lubią liryczne teksty o uczuciach, patetyczną melorecytację, wzruszającą wokalizę, rzewne melodie, tragizm, teatralność i podniosłość, powinni się zapoznać z dokonaniami tej grupy. Reprezentanci subkultury gotyckiej z pewnością docenią mroczną, melodramatyczną, miłosną piosenkę “Głos z Ogrodów Niwy”, którą można postawić w jednym szeregu z “A Rose For The Dead” Theatre of Tragedy. Fani Lacrimosy i Dreams of Sanity zauważą, że w utworze “W Krainie Drzew” wokalista śpiewa niemal tak jak Tilo Wolff w końcówce “The Phantom of the Opera”. Mistrzostwo Polski! Kto nie słuchał, powinien żałować!

Strefa Mocnych Wiatrów

Warszawska formacja wykonująca nietypowy gatunek muzyczny, jakim jest maritime (morski, marynistyczny) rock. Powstała w roku 2004, ale pierwsze CD opublikowała dopiero w 2007. Teksty piosenek, granych przez Strefę, mówią o żeglarzach, o rybakach, o wikingach, o morskich bitwach, o przygodach Robinsona Crusoe etc. Utwory zespołu zawierają liczne nawiązania do mitologii nordyckiej, jednak częściej pojawiają się w nich treści chrześcijańskie w postaci odwołań do Boga, krzyża i modlitwy. Strefa Mocnych Wiatrów to grupa w pełni profesjonalna, gdyż na jej czele stoi doświadczony artysta i mecenas sztuki Dariusz “Grzywa” Wołosewicz. Twórczość SMW ma charakter rozrywkowy, jednak trzeba przyznać, że jest ona dojrzała i przemyślana. Kawałki nie są ostre ani ciężkie, zatem nadawałyby się do emisji radiowej. Krótko mówiąc: kawał porządnej muzyki!

Fall

Bardzo dobra formacja założona w 2008 roku w Olsztynie. Najczęściej jest szufladkowana jako kapela grająca depressive black metal i doom metal, chociaż na jej oficjalnym profilu w serwisie Myspace widnieje opis “Ambient/Down-tempo/Metal”. Nazwa zespołu, pochodząca z języka angielskiego, może oznaczać spadanie, opadanie, wpadanie, ale także jesień (w angielszczyźnie amerykańskiej). Długie, powolne, przytłaczające piosenki przypadną do gustu ludziom, szukającym grobowych brzmień, w których można topić smutki i niepokoje. Nie jest to jednak lek na chwilową chandrę, tylko na dotkliwą, wszechogarniającą, przedłużającą się melancholię. W tej dołującej muzyce da się wyczuć bezsilność, rezygnację, wypalenie i utratę nadziei. Osoby, które stosunkowo niedawno pokonały depresję, powinny trzymać się od niej z daleka. Po co? Żeby uniknąć nawrotu tej strasznej choroby.

Dawid Hallmann

Antykomunistyczny bard nazywający siebie m.in. “muzykiem neofolkowym“, “sługą kontrrewolucji“, “zwolennikiem krajowców wileńskich” i “pokornym uczniem Mistrza Herberta”. Jest również autorem wierszy, twórcą filmów, rzeźbiarzem, grafikiem i uczestnikiem projektu artystycznego TMA. Nagrywa poważne, akustyczne pieśni, w których dominują tematy związane z historią Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. W jego repertuarze znajdziemy utwory o powstaniu warszawskim, zbrodni katyńskiej, martyrologii Żołnierzy Wyklętych, wojnie polsko-bolszewickiej i innych istotnych wydarzeniach. Dzieła Dawida Hallmanna to zdecydowanie propozycja dla ludzi dorosłych: dojrzałych emocjonalnie, doświadczonych życiowo, posiadających odpowiednią wiedzę i rozumiejących problematykę polityczną. Twórczość mądra, ambitna i godna szacunku. Czapki z głów!

Natalia Julia Nowak,
20-25 września 2012 r.